(ciąg dalszy opowiadania Niamh)
OSTRZEŻENIE:
- Golizna
OSTRZEŻENIE:
- Golizna
Poczuła nieprzyjemny, lekko palący ból w stawach towarzyszący przemianie. Gdy jej wzrok znalazł się na wysokości źdźbeł trawy, a palce rąk nie mogły już zacisnąć się w pięści, bo cóż, zastąpiła je para skrzydeł, wypełniła swoje ptasie płuca ciepłym, zimowym powietrzem na uspokojenie zmęczonego procesem organizmu.
Silas już od dziecka nie przepadała za swoją zwierzęcą postacią. Odkąd każda
próba lotu kończyła się rozbiciem o pobliskie drzewo, całkowicie zaniechała latania. Nigdy nie opanowała
dobrze tej umiejętności, więc jako mały ptak, niezdolny do wzbicia się w
powietrze, zawsze czuła się niezwykle słaba i bezużyteczna. Traktowała swoją zmiennokształtność bardziej jak klątwę niżeli dar. Unikała przemiany jak tylko
mogła, lecz nawet ona po zbyt długiej przerwie w końcu zaczynała jej pożądać. W
takich momentach zwykła odizolowywać się od innych, iść nad jakiś spokojny
akwen by pomoczyć kaczy kuper w chłodnej wodzie i uspokoić myśli. Taki moment nastąpił
właśnie teraz.
Porzuciła ubrania i podreptała na swoich małych nóżkach w stronę jeziora, nie martwiąc się o los ekwipunku. Mało kto zapuszczał się w las na tyle głęboko żeby trafić do miejsca, w którym nie było właściwie nic poza ogromną kałużą, a nawet gdyby komuś zachciało się ukraść jej własność, nie posiadała przy sobie kompletnie nic wartościowego.
Zanurzyła się w przyjemnie zimnej wodzie i popłynęła przed siebie, zostawiając za sobą koliste fale na niezmąconej, nieskazitelnie gładkiej tafli. Zatrzymała się w miejscu niezbyt oddalonym od brzegu, podejrzewała, że nikt nie będzie jej teraz potrzebował, więc postanowiła uciąć sobie krótką drzemkę.
Z błogiego spokoju wyrwał ją melodyjny, wysoki głos, jednocześnie przyprawiając ją o palpitacje serca.
W błyskawicznym tempie zwróciła dziób w stronę suchego lądu by ujrzeć siedzącą przy nim młodą dziewczynę o gęstych, brązowych włosach i dosyć ciemnej, zdradzającej obecność krwi Ludu Południa w rodzinie, karnacji. Nie można było dostrzec nigdzie jej kompanów, osamotniona nieznajoma wypalała swoimi ślicznymi, śmiejącymi się wraz ustami oczkami dziurę w duszy Silas, co wskazywało na to, że zwracała się... Do niej? Musiała albo jakimś cudem rozpoznać w niej polimorfika, albo była osobą na tyle nienormalną żeby gadać do kaczki. Tak naprawdę zdezorientowane i zaspane ptaszysko nie zdołało zrozumieć nic z tego, co dziewczę próbowało mu przekazać, postanowiło zbliżyć się do intruza żeby sprawdzić czy wszystko z nim dobrze, a ten wyszczerzył się do pierzastego stworzenia, prezentując komplet czterdziestu czterech śnieznobiałych zębów.
Silas mentalnie odetchnęła z ulgą, zarazem przeklinając paskudnie samą siebie w myślach. W ogóle nie wzięła pod uwagę możliwości spotkania innego zmiennokształtnego, nawet mimo znajdowania się na terenie przeznaczonym dla jej podobnych.
Uznała, że przedstawienie się wariatce i spytanie, czy nie potrzebuje czasem pomocy było świetnym pomysłem. Wyszła więc na sporą kępę uschłej trawy obok dziewczyny, otrzepała swoje piórka z kropelek wody i rozpoczęła piekielnie bolesny proces ponownej transformacji w człowieka. Pomyślała sobie, że na tę chwilę wystarczy jej już przebywania w ciele ptaka, Łaknienie zostało zaspokojone. Poza tym, w tej postaci o wiele trudniej byłoby porozumieć się z młodym polimorfikiem, nie każdemu w końcu udało się poznać tajniki kaczej mowy.
Poczuła jak wilgotne od zimnej wody, rude pukle opadają na jej plecy wywołując niemiły dreszcz przechodzący przez obręcz barkową. Otrząsnęła się i nachyliła nad klęczącą przy ziemi brunetką, prawie całkowicie zakrywając ją swoim cieniem.
- Te, mała, wszystko w porządku? Nie zgubiłaś się czasem? I czego z kaczką gadasz i się tak szczerzysz? - mruknęła do niej bardziej zastraszającym niż współczującym tonem, sprawiającym, że cała scena wyglądała jakby wioskowy chuligan znęcał się nad chuderlakiem.
Ta z kolei obdarowała ją zmieszanym spojrzeniem, po czym zwróciła się w stronę zbiornika wodnego, gdy na jej policzki wystąpiła czerwień.
- Wybaczy pani, nie chcę wyjść na chamidło odpowiadając pytaniem na pytanie, no bo to chyba nieładnie - odezwała się w końcu starając się brzmieć jak najpewniej. - Ale czy wiedziała pani, że jest pani taka trochę... Goła?
Zielonooka łypnęła na nią pytająco spod zmarszczonych brwi, lecz chwilę później spuściła wzrok tak, że mogła ujrzeć swoje blade, nagie ciało w pełnej okazałości. Zauważywszy w jak niekomfortowej sytuacji się znalazła, chwyciła szybkim ruchem ręki odzienie leżące nieopodal i, zawstydzona, jeszcze szybciej wskoczyła za duży krzew, przypominający bardziej kulę ubitą z drobnych, suchych patyczków niż żywą roślinę.
Z trudnością wciągnęła spodnie na wciąż mokre nogi i przynajmniej dziesięć razy poprawiła klejącą się do jej skóry, upaćkaną ziemią tunikę. Gdy już się ubrała, ruszyła niespokojnym, rozhybotanym krokiem by z niemałym trudem ponownie spojrzeć w oczy nieznajomej.
- Ugh - prychnęła zdenerwowana przecierając czoło wierzchem dłoni. - Lepiej... Nie wracajmy do tego, dobra?
- Jasne! - zgodziła się entuzjastycznie dziewczyna wstając i podskakując w tym samym czasie, przywodząc na myśl kociątko próbujące złapać dręczącego go owada. - Teraz chyba o wiele łatwiej będzie nam rozmawiać! Niech się pani nie martwi, mi się też często zdarza zapomnieć różnych rzeczy, kiedyś na przykład...
- Czekaj - przerwała jej rudowłosa, mierząc ją wzrokiem bardzo uważnie. Zmarszczyła brwi w zamyśleniu, zaciskając suche i spękane od nieustannego przygryzania usta. Schyliła się tak, że niemal zahaczała końcówką nosa twarz rozmówczyni i zaczęła ją dokładnie badać. - Ja cię znam! - oznajmiła w końcu ze sporą dozą zaskoczenia w głosie.
- Hę? - było jedynym odgłosem, któremu udało się opuścić gardło speszonej polimorficzki.
- No, jesteś tym dzieciakiem od Camdina, zgadza się? - spytała, odskakując w końcu od dziewczęcia. Wstrzymała rozmowę ruchem dłoni, odpięła bukłak, swobodnie dyndający na przymocowanym solidnym węzłem do skórzanego pasa sznurku, i pociągnęła z niego przeciągły łyk. Odessała się w końcu, otarła wargi wilgotne od piekącej cieczy o intensywnym, słodkim zapachu miodu i kontynuowała. - Niva... Neevey...
- Niamh - poprawiła ją wychowanica zielarza.
- O właśnie!
- Tak, to o mnie pani chodziło - przytaknęła skubiąc palcami materiał sukienki. - A pani to...?
- Jestem Silas - odpowiedziała kobieta prostując się i w bohaterskiej pozie opierając ręce na biodrach. - I skończ z tą "panią", do cholery, bo mnie szlag trafi zaraz. Czuję się przez to starsza o dwadzieścia lat.
- Dobra - przystanęła na propozycję właścicielka bursztynowych oczu, mimo że jeszcze przed chwilą sama została nazwana dzieciakiem. - To pa... ty... też mieszkasz w Yvenreill? Czym się tam zajmujesz? Co tutaj właściwie robisz? Jak...
- Zaczekaj! Bo nie nadążę z odpowiedziami - Silas powstrzymała młodszą koleżankę od rozpędzenia się. - Ta, też mieszkam. Jestem drwalem. Zapewniam twojemu opiekunowi opał żeby słuchać jego paplaniny o zagrożonej florze, pewnie ci o mnie nie wspominał - przedstawiła się z przekąsem, przypominając sobie jak irytujące potrafiły być wykłady mężczyzny na temat, który w prawdzie raczej jej nie obchodził. Nie znaczyło to jednak, że czuła do niego jakiegoś rodzaju wstręt, wręcz przeciwnie. Druid, pomagający młodym polimorfikom, w tym również niegdyś Silas, wiele razy udowodnił, że bez niego osada byłaby w sporych tarapatach.
Przerwała rozmyślania zauważając, że zniecierpliwiona Niamh drąży w niej wzrokiem dziurę na wylot. Przypomniała sobie ostatnie z jej pytań a przynajmniej zdawało jej się, że było ono ostatnie, i postanowiła udzielić na nie odpowiedzi. - A co tutaj robię? A wyskoczyłam sobie na przechadzkę dla zdrowia, ot spacerek! - oznajmiła energicznie, przeciągając się z uśmiechem na ustach, który, niestety, nie wypadł zbyt naturalnie i sympatycznie.
Zapanowała między nimi cisza tak uciążliwa, że ptasia zmiennokształtna zaczęła zastanawiać się czy nie palnęła jakiejś głupoty. Szczerze mówiąc, Silas miała ochotę na dłuższą pogawędkę z nowo poznaną dziewczyną, choć pewnie nie sprawiała takiego wrażenia, może stąd to milczenie?
Spojrzała na złocistą tarczę słońca, która powoli zaczynała schodzić w dół, w stronę zachodu. Do wioski nie było blisko, a jeżeli całkowicie ściemnieje jej szanse na bezproblemowe odnalezienie domu będą praktycznie zerowe, nie posiadała przecież zdolności widzenia w mroku jak kot. Poczuła ssący głód w żołądku, którego łyk gorzałki nie był w stanie zaspokoić. Musiała wracać do wioski. Odwróciła się jeszcze raz do Niamh oczekując od niej jakiejkolwiek reakcji.
(Niamh, dokończysz?)
Porzuciła ubrania i podreptała na swoich małych nóżkach w stronę jeziora, nie martwiąc się o los ekwipunku. Mało kto zapuszczał się w las na tyle głęboko żeby trafić do miejsca, w którym nie było właściwie nic poza ogromną kałużą, a nawet gdyby komuś zachciało się ukraść jej własność, nie posiadała przy sobie kompletnie nic wartościowego.
Zanurzyła się w przyjemnie zimnej wodzie i popłynęła przed siebie, zostawiając za sobą koliste fale na niezmąconej, nieskazitelnie gładkiej tafli. Zatrzymała się w miejscu niezbyt oddalonym od brzegu, podejrzewała, że nikt nie będzie jej teraz potrzebował, więc postanowiła uciąć sobie krótką drzemkę.
Z błogiego spokoju wyrwał ją melodyjny, wysoki głos, jednocześnie przyprawiając ją o palpitacje serca.
W błyskawicznym tempie zwróciła dziób w stronę suchego lądu by ujrzeć siedzącą przy nim młodą dziewczynę o gęstych, brązowych włosach i dosyć ciemnej, zdradzającej obecność krwi Ludu Południa w rodzinie, karnacji. Nie można było dostrzec nigdzie jej kompanów, osamotniona nieznajoma wypalała swoimi ślicznymi, śmiejącymi się wraz ustami oczkami dziurę w duszy Silas, co wskazywało na to, że zwracała się... Do niej? Musiała albo jakimś cudem rozpoznać w niej polimorfika, albo była osobą na tyle nienormalną żeby gadać do kaczki. Tak naprawdę zdezorientowane i zaspane ptaszysko nie zdołało zrozumieć nic z tego, co dziewczę próbowało mu przekazać, postanowiło zbliżyć się do intruza żeby sprawdzić czy wszystko z nim dobrze, a ten wyszczerzył się do pierzastego stworzenia, prezentując komplet czterdziestu czterech śnieznobiałych zębów.
Silas mentalnie odetchnęła z ulgą, zarazem przeklinając paskudnie samą siebie w myślach. W ogóle nie wzięła pod uwagę możliwości spotkania innego zmiennokształtnego, nawet mimo znajdowania się na terenie przeznaczonym dla jej podobnych.
Uznała, że przedstawienie się wariatce i spytanie, czy nie potrzebuje czasem pomocy było świetnym pomysłem. Wyszła więc na sporą kępę uschłej trawy obok dziewczyny, otrzepała swoje piórka z kropelek wody i rozpoczęła piekielnie bolesny proces ponownej transformacji w człowieka. Pomyślała sobie, że na tę chwilę wystarczy jej już przebywania w ciele ptaka, Łaknienie zostało zaspokojone. Poza tym, w tej postaci o wiele trudniej byłoby porozumieć się z młodym polimorfikiem, nie każdemu w końcu udało się poznać tajniki kaczej mowy.
Poczuła jak wilgotne od zimnej wody, rude pukle opadają na jej plecy wywołując niemiły dreszcz przechodzący przez obręcz barkową. Otrząsnęła się i nachyliła nad klęczącą przy ziemi brunetką, prawie całkowicie zakrywając ją swoim cieniem.
- Te, mała, wszystko w porządku? Nie zgubiłaś się czasem? I czego z kaczką gadasz i się tak szczerzysz? - mruknęła do niej bardziej zastraszającym niż współczującym tonem, sprawiającym, że cała scena wyglądała jakby wioskowy chuligan znęcał się nad chuderlakiem.
Ta z kolei obdarowała ją zmieszanym spojrzeniem, po czym zwróciła się w stronę zbiornika wodnego, gdy na jej policzki wystąpiła czerwień.
- Wybaczy pani, nie chcę wyjść na chamidło odpowiadając pytaniem na pytanie, no bo to chyba nieładnie - odezwała się w końcu starając się brzmieć jak najpewniej. - Ale czy wiedziała pani, że jest pani taka trochę... Goła?
Zielonooka łypnęła na nią pytająco spod zmarszczonych brwi, lecz chwilę później spuściła wzrok tak, że mogła ujrzeć swoje blade, nagie ciało w pełnej okazałości. Zauważywszy w jak niekomfortowej sytuacji się znalazła, chwyciła szybkim ruchem ręki odzienie leżące nieopodal i, zawstydzona, jeszcze szybciej wskoczyła za duży krzew, przypominający bardziej kulę ubitą z drobnych, suchych patyczków niż żywą roślinę.
Z trudnością wciągnęła spodnie na wciąż mokre nogi i przynajmniej dziesięć razy poprawiła klejącą się do jej skóry, upaćkaną ziemią tunikę. Gdy już się ubrała, ruszyła niespokojnym, rozhybotanym krokiem by z niemałym trudem ponownie spojrzeć w oczy nieznajomej.
- Ugh - prychnęła zdenerwowana przecierając czoło wierzchem dłoni. - Lepiej... Nie wracajmy do tego, dobra?
- Jasne! - zgodziła się entuzjastycznie dziewczyna wstając i podskakując w tym samym czasie, przywodząc na myśl kociątko próbujące złapać dręczącego go owada. - Teraz chyba o wiele łatwiej będzie nam rozmawiać! Niech się pani nie martwi, mi się też często zdarza zapomnieć różnych rzeczy, kiedyś na przykład...
- Czekaj - przerwała jej rudowłosa, mierząc ją wzrokiem bardzo uważnie. Zmarszczyła brwi w zamyśleniu, zaciskając suche i spękane od nieustannego przygryzania usta. Schyliła się tak, że niemal zahaczała końcówką nosa twarz rozmówczyni i zaczęła ją dokładnie badać. - Ja cię znam! - oznajmiła w końcu ze sporą dozą zaskoczenia w głosie.
- Hę? - było jedynym odgłosem, któremu udało się opuścić gardło speszonej polimorficzki.
- No, jesteś tym dzieciakiem od Camdina, zgadza się? - spytała, odskakując w końcu od dziewczęcia. Wstrzymała rozmowę ruchem dłoni, odpięła bukłak, swobodnie dyndający na przymocowanym solidnym węzłem do skórzanego pasa sznurku, i pociągnęła z niego przeciągły łyk. Odessała się w końcu, otarła wargi wilgotne od piekącej cieczy o intensywnym, słodkim zapachu miodu i kontynuowała. - Niva... Neevey...
- Niamh - poprawiła ją wychowanica zielarza.
- O właśnie!
- Tak, to o mnie pani chodziło - przytaknęła skubiąc palcami materiał sukienki. - A pani to...?
- Jestem Silas - odpowiedziała kobieta prostując się i w bohaterskiej pozie opierając ręce na biodrach. - I skończ z tą "panią", do cholery, bo mnie szlag trafi zaraz. Czuję się przez to starsza o dwadzieścia lat.
- Dobra - przystanęła na propozycję właścicielka bursztynowych oczu, mimo że jeszcze przed chwilą sama została nazwana dzieciakiem. - To pa... ty... też mieszkasz w Yvenreill? Czym się tam zajmujesz? Co tutaj właściwie robisz? Jak...
- Zaczekaj! Bo nie nadążę z odpowiedziami - Silas powstrzymała młodszą koleżankę od rozpędzenia się. - Ta, też mieszkam. Jestem drwalem. Zapewniam twojemu opiekunowi opał żeby słuchać jego paplaniny o zagrożonej florze, pewnie ci o mnie nie wspominał - przedstawiła się z przekąsem, przypominając sobie jak irytujące potrafiły być wykłady mężczyzny na temat, który w prawdzie raczej jej nie obchodził. Nie znaczyło to jednak, że czuła do niego jakiegoś rodzaju wstręt, wręcz przeciwnie. Druid, pomagający młodym polimorfikom, w tym również niegdyś Silas, wiele razy udowodnił, że bez niego osada byłaby w sporych tarapatach.
Przerwała rozmyślania zauważając, że zniecierpliwiona Niamh drąży w niej wzrokiem dziurę na wylot. Przypomniała sobie ostatnie z jej pytań a przynajmniej zdawało jej się, że było ono ostatnie, i postanowiła udzielić na nie odpowiedzi. - A co tutaj robię? A wyskoczyłam sobie na przechadzkę dla zdrowia, ot spacerek! - oznajmiła energicznie, przeciągając się z uśmiechem na ustach, który, niestety, nie wypadł zbyt naturalnie i sympatycznie.
Zapanowała między nimi cisza tak uciążliwa, że ptasia zmiennokształtna zaczęła zastanawiać się czy nie palnęła jakiejś głupoty. Szczerze mówiąc, Silas miała ochotę na dłuższą pogawędkę z nowo poznaną dziewczyną, choć pewnie nie sprawiała takiego wrażenia, może stąd to milczenie?
Spojrzała na złocistą tarczę słońca, która powoli zaczynała schodzić w dół, w stronę zachodu. Do wioski nie było blisko, a jeżeli całkowicie ściemnieje jej szanse na bezproblemowe odnalezienie domu będą praktycznie zerowe, nie posiadała przecież zdolności widzenia w mroku jak kot. Poczuła ssący głód w żołądku, którego łyk gorzałki nie był w stanie zaspokoić. Musiała wracać do wioski. Odwróciła się jeszcze raz do Niamh oczekując od niej jakiejkolwiek reakcji.
(Niamh, dokończysz?)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz