Informacja

Pragnę poinformować zarówno osoby pragnące dołączyć do bloga, jak i obecnych członków, że akcja bloga nie rozgrywa się w czasach współczesnych. Czasy panujące w 79. roku Ery Zmian odpowiadają mniej więcej ziemskiemu średniowieczu. Proszę o tym pamiętać przy wypełnianiu formularzy i pisaniu opowiadań.
Dziękuję.

poniedziałek, 28 grudnia 2015

Opowiadanie Silas

(ciąg dalszy opowiadania Niamh)

OSTRZEŻENIE:

- Golizna

Poczuła nieprzyjemny, lekko palący ból w stawach towarzyszący przemianie. Gdy jej wzrok znalazł się na wysokości źdźbeł trawy, a palce rąk nie mogły już zacisnąć się w pięści, bo cóż, zastąpiła je para skrzydeł, wypełniła swoje ptasie płuca ciepłym, zimowym powietrzem na uspokojenie zmęczonego procesem organizmu.
Silas już od dziecka nie przepadała za swoją zwierzęcą postacią. Odkąd każda próba lotu kończyła się rozbiciem o pobliskie drzewo, całkowicie zaniechała latania. Nigdy nie opanowała dobrze tej umiejętności, więc jako mały ptak, niezdolny do wzbicia się w powietrze, zawsze czuła się niezwykle słaba i bezużyteczna. Traktowała swoją zmiennokształtność bardziej jak klątwę niżeli dar. Unikała przemiany jak tylko mogła, lecz nawet ona po zbyt długiej przerwie w końcu zaczynała jej pożądać. W takich momentach zwykła odizolowywać się od innych, iść nad jakiś spokojny akwen by pomoczyć kaczy kuper w chłodnej wodzie i uspokoić myśli. Taki moment nastąpił właśnie teraz.
Porzuciła ubrania i podreptała na swoich małych nóżkach w stronę jeziora, nie martwiąc się o los ekwipunku. Mało kto zapuszczał się w las na tyle głęboko żeby trafić do miejsca, w którym nie było właściwie nic poza ogromną kałużą, a nawet gdyby komuś zachciało się ukraść jej własność, nie posiadała przy sobie kompletnie nic wartościowego.
Zanurzyła się w przyjemnie zimnej wodzie i popłynęła przed siebie, zostawiając za sobą koliste fale na niezmąconej, nieskazitelnie gładkiej tafli. Zatrzymała się w miejscu niezbyt oddalonym od brzegu, podejrzewała, że nikt nie będzie jej teraz potrzebował, więc postanowiła uciąć sobie krótką drzem.
Z błogiego spokoju wyrwał ją melodyjny, wysoki głos, jednocześnie przyprawiając ją o palpitacje serca.

W błyskawicznym tempie zwróciła dziób w stronę suchego lądu by ujrzeć siedzącą przy nim młodą dziewczynę o gęstych, brązowych włosach i dosyć ciemnej, zdradzającej obecność krwi Ludu Południa w rodzinie, karnacji. Nie można było dostrzec nigdzie jej kompanów, osamotniona nieznajoma wypalała swoimi ślicznymi, śmiejącymi się wraz ustami oczkami dziurę w duszy Silas, co wskazywało na to, że zwracała się... Do niej? Musiała albo jakimś cudem rozpoznać w niej polimorfika, albo była osobą na tyle nienormalną żeby gadać do kaczki. Tak naprawdę zdezorientowane i zaspane ptaszysko nie zdołało zrozumieć nic z tego, co dziewczę próbowało mu przekazać, postanowiło zbliżyć się do intruza żeby sprawdzić czy wszystko z nim dobrze, a ten wyszczerzył się do pierzastego stworzenia, prezentując komplet czterdziestu czterech śnieznobiałych zębów.
Silas mentalnie odetchnęła z ulgą, zarazem przeklinając paskudnie samą siebie w myślach. W ogóle nie wzięła pod uwagę możliwości spotkania innego zmiennokształtnego, nawet mimo znajdowania się na terenie przeznaczonym dla jej podobnych.
Uznała
, że przedstawienie się wariatce i spytanie, czy nie potrzebuje czasem pomocy było świetnym pomysłem. Wyszła więc na sporą kępę uschłej trawy obok dziewczyny, otrzepała swoje piórka z kropelek wody i rozpoczęła piekielnie bolesny proces ponownej transformacji w człowieka. Pomyślała sobie, że na tę chwilę wystarczy jej już przebywania w ciele ptaka, Łaknienie zostało zaspokojone. Poza tym, w tej postaci o wiele trudniej byłoby porozumieć się z młodym polimorfikiem, nie każdemu w końcu udało się poznać tajniki kaczej mowy.

Poczuła jak wilgotne od zimnej wody, rude pukle opadają na jej plecy wywołując niemiły dreszcz przechodzący przez obręcz barkową. Otrząsnęła się i nachyliła nad klęczącą przy ziemi brunetką, prawie całkowicie zakrywając ją swoim cieniem.
 - Te, mała, wszystko w porządku? Nie zgubiłaś się czasem? I czego z kaczką gadasz i się tak szczerzysz? - mruknęła do niej bardziej zastraszającym niż współczującym tonem, sprawiającym, że cała scena wyglądała jakby wioskowy chuligan znęcał się nad chuderlakiem.
Ta z kolei obdarowała ją zmieszanym spojrzeniem, po czym zwróciła się w  stronę zbiornika wodnego, gdy na jej policzki wystąpiła czerwień.

 - Wybaczy pani, nie chcę wyjść na chamidło odpowiadając pytaniem na pytanie, no bo to chyba nieładnie - odezwała się w końcu starając się brzmieć jak najpewniej. - Ale czy wiedziała pani, że jest pani taka trochę... Goła?
Zielonooka łypnęła na nią pytająco spod zmarszczonych brwi, lecz chwilę później spuściła wzrok tak, że mogła ujrzeć swoje blade, nagie ciało w pełnej okazałości. Zauważywszy w jak niekomfortowej sytuacji się znalazła, chwyciła szybkim ruchem ręki odzienie leżące nieopodal i, zawstydzona, jeszcze szybciej wskoczyła za duży krzew, przypominający bardziej kulę ubitą z drobnych, suchych patyczków niż żywą roślinę.
Z trudnością wciągnęła spodnie na wciąż mokre nogi i przynajmniej dziesięć razy poprawiła klejącą się do jej skóry, upaćkaną ziemią tunikę. Gdy już się ubrała, ruszyła niespokojnym, rozhybotanym krokiem by z niemałym trudem ponownie spojrzeć w oczy nieznajomej.

 - Ugh - prychnęła zdenerwowana przecierając czoło wierzchem dłoni. - Lepiej... Nie wracajmy do tego, dobra?
 - Jasne! - zgodziła się entuzjastycznie dziewczyna wstając i podskakując w tym samym czasie, przywodząc na myśl kociątko próbujące złapać dręczącego go owada. - Teraz chyba o wiele łatwiej będzie nam rozmawiać! Niech się pani nie martwi, mi się też często zdarza zapomnieć różnych rzeczy, kiedyś na przykład...
 - Czekaj - przerwała jej rudowłosa, mierząc ją wzrokiem bardzo uważnie. Zmarszczyła brwi w zamyśleniu, zaciskając suche i spękane od nieustannego przygryzania usta. Schyliła się tak, że niemal zahaczała końcówką nosa twarz rozmówczyni i zaczęła ją dokładnie badać. - Ja cię znam! - oznajmiła w końcu ze sporą dozą zaskoczenia w głosie.
 - Hę? - było jedynym odgłosem, któremu udało się opuścić gardło speszonej polimorficzki.
 - No, jesteś tym dzieciakiem od Camdina, zgadza się? - spytała, odskakując w końcu od dziewczęcia. Wstrzymała rozmowę ruchem dłoni, odpięła bukłak, swobodnie dyndający na przymocowanym solidnym węzłem do skórzanego pasa sznurku, i pociągnęła z niego przeciągły łyk. Odessała się w końcu, otarła wargi wilgotne od piekącej cieczy o intensywnym, słodkim zapachu miodu i kontynuowała. - Niva... Neevey...
 - Niamh - poprawiła ją wychowanica zielarza.
 - O właśnie!
 - Tak, to o mnie pani chodziło -  przytaknęła skubiąc palcami materiał sukienki. - A pani to...?

 - Jestem Silas - odpowiedziała kobieta prostując się i w bohaterskiej pozie opierając ręce na biodrach. - I skończ z tą "panią", do cholery, bo mnie szlag trafi zaraz. Czuję się przez to starsza o dwadzieścia lat.
 - Dobra - przystanęła na propozycję właścicielka bursztynowych oczu, mimo że jeszcze przed chwilą sama została nazwana dzieciakiem. - To pa... ty... też mieszkasz w Yvenreill? Czym się tam zajmujesz? Co tutaj właściwie robisz? Jak... 
 - Zaczekaj! Bo nie nadążę z odpowiedziami - Silas powstrzymała młodszą koleżankę od rozpędzenia się. - Ta, też mieszkam. Jestem drwalem. Zapewniam twojemu opiekunowi opał żeby słuchać jego paplaniny o zagrożonej florze, pewnie ci o mnie nie wspominał - przedstawiła się z przekąsem, przypominając sobie jak irytujące potrafiły być wykłady mężczyzny na temat, który w prawdzie raczej jej nie obchodził. Nie znaczyło to jednak, że czuła do niego jakiegoś rodzaju wstręt, wręcz przeciwnie. Druid, pomagający młodym polimorfikom, w tym również niegdyś Silas, wiele razy udowodnił, że bez niego osada byłaby w sporych tarapatach. 
Przerwała rozmyślania zauważając, że zniecierpliwiona Niamh drąży w niej wzrokiem dziurę na wylot. Przypomniała sobie ostatnie z jej pytań a przynajmniej zdawało jej się, że było ono ostatnie, i postanowiła udzielić na nie odpowiedzi. - A co tutaj robię? A wyskoczyłam sobie na przechadzkę dla zdrowia, ot spacerek! - oznajmiła energicznie, przeciągając się z uśmiechem na ustach, który, niestety, nie wypadł zbyt naturalnie i sympatycznie.
Zapanowała między nimi cisza tak uciążliwa, że ptasia zmiennokształtna zaczęła zastanawiać się czy nie palnęła jakiejś głupoty. Szczerze mówiąc, Silas miała ochotę na dłuższą pogawędkę z nowo poznaną dziewczyną, choć pewnie nie sprawiała takiego wrażenia, może stąd to milczenie?
Spojrzała na złocistą tarczę słońca, która powoli zaczynała schodzić w dół, w stronę zachodu. Do wioski nie było blisko, a jeżeli całkowicie ściemnieje jej szanse na bezproblemowe odnalezienie domu będą praktycznie zerowe, nie posiadała przecież zdolności widzenia w mroku jak kot. Poczuła ssący głód w żołądku, którego łyk gorzałki nie był w stanie zaspokoić. Musiała wracać do wioski. Odwróciła się jeszcze raz do Niamh oczekując od niej jakiejkolwiek reakcji.

   
(Niamh, dokończysz?)

niedziela, 27 grudnia 2015

Opowiadanie Niamh

(ciąg dalszy opowiadania Corvusa)

 Bywały dni, w których Niamh po prostu nie miała ochoty pracować. Spacerowała wtedy całymi dniami wśród gęstej roślinności okolicznej puszczy i starała się nie spaść z poskręcanych pni do głębokich rowów wypełnionych torfem.
 Nie spodziewała się, że podczas jednej z takich przechadzek spotka ogromne, szaropióre ptaszysko, które w dodatku okazało się być polimorfikiem.
 Gdy poznała nieco bliżej Corvusa (chłopak opowiedział jej o tym, jak Camdin kilkakrotnie usiłował go upolować), stwierdziła, że jest on bardzo miłą osobą. Choć na pierwszy rzut oka wydawał się być zamknięty w sobie i nieco chłodny, to to wrażenie szybko zniknęło. W tamtej chwili w spacerze towarzyszył jej wesoły, roześmiany dwudziestolatek, który miał wiele do powiedzenia.
 Ich spojrzenia zderzyły się na chwilę i Jutrzenka mogła spojrzeć prosto w srebrne oczy młodzieńca. Stwierdziła, że były wyjątkowo ładne i pomyślała, że rzadko spotyka się tęczówki w tak nietypowym odcieniu srebra pomieszanego z szarością, szczególnie w tych stronach kontynentu.
 Po chwili zdecydowała się przerwać niezręczną ciszę, która zapanowała między nimi.
- Więc... Jak znalazłeś się w Yvenreill? Przyznam, że nie jest to najbardziej znana wioska w okolicy.
 Chłopak odwrócił wzrok i podrapał się po karku.
- Dużo podróżowałem. Jakoś tak wyszło.
 Postanowiła nie pytać o to więcej, przeszłość była wyraźnie delikatnym tematem.
- A ty? Chyba dobrze znasz okolicę, z tego, co zauważyłem. Pewnie mieszkasz tu od dawna? - Corvus uśmiechnął się do niej delikatnie.
- Tak, mieszkam tu od dzieciństwa - zerwała kilka cienkich gałązek z mijanego drzewa i zaczęła splatać z nich osobliwy wianek - Można powiedzieć, że Camdin mnie zaadoptował, gdy byłam mała. Formalnie nie jestem obywatelem wioski, nie mam tu domu, a co dopiero mówić o gospodarstwie... Ale dążę do tego! Powoli, ale... dążę.
 Zaśmiała się delikatnie, mrużąc oczy. Dawno nie miała okazji porozmawiać z rówieśnikiem i ta konwersacja przynosiła jej wiele radości. Miała nadzieję, że lepiej pozna swojego rozmówcę.
 Kto wie, może nawet się zaprzyjaźnią?
***
 Słońce wisiało tuż nad horyzontem, gdy powolnym krokiem opuścili wreszcie puszczę, wychodząc prosto na pola otaczające Yvenreill. Nie spodziewali się spotkać tam nikogo oprócz chciwych wron wyjadających resztki roślin bądź uśpione nasiona.
 Ku zaskoczeniu Niamh, na polu pracował Carrow, w pocie czoła wyrywając ocalałe przez zimę chwasty. Jeśli parał się tak niszową robotą, to znaczy, że w młynie nie poszło mu najlepiej. Jutrzenka postanowiła zagadać o tym do chłopaka (z którym i tak nie miała za często okazji porozmawiać). Niewiele myśląc, pociągnęła Corvusa za rękaw i ruszyła w stronę zmiennokształtnego-konia.
- Hej, gdzie idziemy? - spytał zaskoczony ptasi polimorfik - Ten wyrywający chwasty... To twój znajomy?
- Nie, właściwie, to nie. Ledwo go znam. I właśnie postanowiłam, że go poznam. A z racji, że i ty jesteś teraz mieszkańcem osady, to może i wy zostaniecie znajomymi, hmm?
 Po chwili namysłu ciemnowłosy chłopak pokiwał ze zrozumieniem głową i wzruszył ramionami.
- Czemu nie? Ciekawe tylko, czy w ogóle będzie chciał rozmawiać.
- To się zobaczy.

[Corvus lub Carrow, dokończycie?]

Opowiadanie Susan

Była tu dopiero kilka dni, nie do końca potrafiła się odnaleźć. Rozglądała się przestraszona, bała się, że coś wyskoczy z krzaków i zaatakuje ją. Ale nie to było teraz największym powodem do strachu.
Bała się, że znów ją znajdą, znów przywiążą do drewnianych pali i będą czekać na odpowiednią okazję do rytuału, jakim jest zabicie zmiennokształtnego.
Szła tak długo, aż jej drogę przecięła rzeka. Susan usiadła na jej brzegu i spojrzała w lustro wody. Zobaczyła bliznę przecinającą jej prawe oko. Zapewne już jej tak zostanie, ale nie należało się tym przejmować. Jej twarz była brudna od ziemi i błota.
Dziewczyna ułożyła dłonie w miseczkę i nabrała w nie wody. Obmyła twarz i ręce, po czym oparła się o rosnące niedaleko drzewo. Oparła głowę o pień, zamknęła oczy i wzięła kilka głębokich oddechów. Musiała znaleźć kogoś, kto wszystko jej wytłumaczy. Potrzebowała czyjegoś towarzystwa.
Gdy otworzyła oczy, zobaczyła przed sobą parę dużych, brązowych oczek wpatrujących się w nią i mały nosek kręcący się we wszystkie strony. Dziewczyna uśmiechnęła się do wiewiórki i powoli podniosła rękę, by pogłaskać zwierzątko. Wiewiórka obwąchała po kolei każdy palec Susan, po czym wskoczyła na rękę i znów zaczęła węszyć.
Zwierzątko było bardzo ciekawskie, nawet łapało rude włosy dziewczyny w swoje małe łapki i oglądało je dokładnie. W końcu wiewiórka położyła się na klatce piersiowej Susan i zwinęła w kłębek. Dziewczyna gładziła delikatnie jej grzbiet, z uśmiechem na twarzy. Ona także postanowiła się trochę zdrzemnąć, co mogło jej się stać przez parę minut? 
Zamknęła oczy i po chwili zasnęła.

[Ktoś chciałby dokończyć?]

Nowy członek - Susan


Susan|17 lat|Zwykły mieszkaniec|Kontakt: Draculaura
-> Pełna karta <-

------------

Serdecznie witamy i życzymy dobrej zabawy!

piątek, 25 grudnia 2015

Opowiadanie Corvusa

Corvus nie jest z reguły samotnikiem. Jednak od dłuższego czasu... Właściwie od kiedy tylko trafił do do Yvenreill z nikim nie zamienił nawet słowa. Doskwierała mu po prostu samotność. 
Wiele monotonnych dni spędził na lataniu po okolicach. Nic nie było ciekawego jednak jego uwagę przykuwał nieduży dom w tym lesie. Chłopakowi zdarzało się siedzieć z nudów na drzewie nie daleko
chaty i przyglądać się Camdinowi, nie był pewny, czy tak ma na imię, ale tak sądził. Już kilkukrotnie mało co nie zginął tragiczną śmiercią z jego rąk, gdyż ten najprawdopodobniej brał go za jakiegoś wędrownego ptaka samobójcę i próbował ustrzelić. (na porządny obiad mięsa by starczyło) Na całe szczęście jego refleks był lepszy... Jednak całą jego uwagę zwracała
mieszkająca tam przepiękna dziewczyna o ciemnobrązowych oczach. I przylatywał tam tylko po to aby się jej przyjrzeć. Nie poszedł tam nigdy w ludzkiej formie przez czystą nieśmiałość i strach przed brakiem akceptacji z jej strony. Najgorsze w tym wszystkim było to, że jeszcze kilka dni temu obiecał sobie, że już nigdy więcej się nie zakocha, w nikim... 
Żeby znowu nie cierpieć...

***

Corvus tego był już przesadnie zmęczony tą codzienną monotonią. Przechadzał się lasem pogrążony w myślach.
Jego wewnętrzny spokój błyskawicznie przerwał szelest. Bacznie się rozejrzał i po chwili, zza krzaków wyskoczył... Kot... WIELKI KOT!
Paniczny lęk przewyższył zdrowy rozsądek co poskutkowało gwałtowną przemianą w ogromne ptaszysko. Z głośnym ptasim wrzaskiem dosłownie wpadł w gałęzie drzewa. No cóż w powietrze 
wzleciało trochę piór... Odmienił się już siedząc na gałęzi. Spojrzał w dół w kierunku kota i przyjrzał się tym ohydnym ślepiom wpatrzonym w niego z jakby ukrytym... niedowierzaniem?
Niecałą minute później ku jego zdziwieniu w miejscu tamtego potwora stała ta jakże piękna dziewczyna o ciemnobrązowych i gęstych włosach. Usłyszał z jej ust lekko stłumiony chichot.
- I z czego się śmiejesz? - parsknął trochę zbyt wrednie. Dziewczyna zamilkła. Od razu pożałował swojego niestety wrodzonego chamstwa i chciał jakoś naprawić swój błąd. Gwałtownie zmienił ton głosu.
- Jak to możliwe, że tak piękna dziewczyna zmienia się w coś takiego jak taki straszliwy kot? - zapytał bardziej sam siebie zeskakując z drzewa. Nawet nie oczekiwał odpowiedzi.
- Jestem Corvus - przedstawił się z szerokim uśmiechem.
- Ja jestem Niamh i... przepraszam, ale nie chciałam cię przestraszyć - lekko się uśmiechnęła.
- Miło mi cię poznać - stwierdził z uśmiechem... Gdyby wiedziała jak strasznie chciał ją poznać, ale nie miał na to odwagi...
- W którą stronę właściwie idziesz? - dodał.
- Tam- wskazała - wracałam właśnie do domu.
- Też idę w tę stronę, więc możemy iść razem - rozpromienił się.
- Jak dla mnie to dobry pomysł - przytaknęła i powoli ruszyli.
- Mieszkasz u tego zielarza tak?
- Znasz go? - zdziwiła się.
- Można tak powiedzieć, choć z nim nie rozmawiałem, próbował mnie zamordować już kilka razy - powiedział jakby opowiadał zabawną historyjkę.
- Co? Dlaczego?!
- Wziął mnie za zwierzynę łowną. Śmiesznie było się z nim trochę podroczyć.
- Mam nadzieję, że nic ci nie zrobił - powiedziała z lekkim współczuciem patrząc jak kuleje na prawą nogę.
- Nie nic takiego, obeszło się tylko na zadrapaniach i urwanych piórach - zaśmiał się.
- Cieszę się - na jej twarzy znów zawitał uśmiech.
- Jak będziesz już w domu, przekaż mu pozdrowienia od granatowego jastrzębia, który tak dał mu się we znaki.
Ich spojrzenia się skrzyżowały, patrzyli sobie głęboko w oczy.Cały czas myślał tylko o tym, że jest piękna, tak miło im się rozmawia, no ideał po prostu! Starał sobie przypomnieć wszystkie swoje byłe miłości... jednak żadna w tej chwili nie dorównywała Niamh. Dlaczego on zawsze musiał przeżywać coś takiego? Dlaczego on?

[Niamh? Dokończysz?]

środa, 23 grudnia 2015

Opowiadanie Niamh

 Cerowanie podartych spodni nie było najbardziej fascynującą robotą na świecie. Szczególnie, gdy spodnie te należały do okolicznego zielarza spędzającego całe dnie na wędrówkach po lesie i składały się z większej ilości dziur niż materiału. Przy piętnastym "ubytku" Niamh zaczęła się martwić, że zabraknie jej łat.
 I pomimo, że zadek bolał ją niemiłosiernie od długiego siedzenia na niewygodnej ławce, a skóra była spieczona od intensywnie grzejącego słońca (nawet w zimę można było się poparzyć), to ona nie zaprzestała pracy. Ambicja jej na to nie pozwalała - była kobietą, która żadnej pracy się nie bała. Zbierała miód z barci w drzewach, oczyszczała piwnicę z pajęczych gniazd (dziewczyna dotąd nie widziała ośmionogich stworów o takich rozmiarach), była dziewczynką na posyłki latającą od miasta do miasta i podkradała jajo wiwernie. Jeżeli była jakaś robota, która wymagała od niej dokładnie zero wysiłku, to z pewnością było nią łatanie spodni.
 Problem leżał w tym, że było to bardzo, bardzo nudne.
 Uczucie znużenia, zaniepokojenia i irytacji jeszcze bardziej wzmagało Łaknienie. Ten niekończący się ssący ból w żołądku, który przypominał o sobie codziennie. Nie dało się go zaspokoić pożywieniem. Aby pozbyć się Łaknienia, trzeba było się przemienić.
 Niamh wytrzymywała już dwa tygodnie od ostatniej zmiany formy. Camdin powiedział jej, że musi być wytrwała, bo tylko tak może oswoić swe zwierzęce oblicze. Jutrzenka wiedziała, że nie miała innego wyjścia. Gdyby oddawała się swoim żądzom, gdy tylko dawałyby o sobie znać, byłaby zgubiona. Musiała cierpieć, by móc pozostać człowiekiem.
 Igła boleśnie wbiła jej się w palec, gdy na chwilę straciła z oczu jej bieg. Dziewczyna przeklęła cicho pod nosem i kontynuowała swoją pracę, bowiem nie zostało jej już dużo.
***
- Nie chcę ich już więcej widzieć na oczy... - takimi słowami przywitała swojego opiekuna, wręczając mu połatany element ubioru - Mogę skreślić kolejny zawód z mojej przydługiej listy. W życiu nie zostanę krawcem.
 Dobroduszne, zielonkawo-złote oczy zielarza spotkały lekko podirytowane spojrzenie tych ciemnobrązowych. Blondyn roześmiał się wesoło, odrywając się na chwilę od zbierania poziomek. Otrzepał tunikę i poklepał wychowanicę po ramieniu, odbierając od niej spodnie.
- Nie poddawaj się tak łatwo, jeszcze wszystko przed tobą. Tak czy siak, dobra robota. Słuchaj, wiem, że to może wydawać się trochę, głupie, ale... Kupisz mi strzały?
 Niamh spojrzała na niego z ukosa i wbiła w niego wzrok, jakby próbowała mu przekazać telepatycznie: "Zima. Nie ma zwierzyny. Nie ma na co polować. Po co ci strzały?", więc mężczyzna szybko zaczął tłumaczyć.
- W sezonie sprzedawcy strasznie zawyżają ceny i trudno kupić coś za rozsądną kwotę, wiesz. Jeśli teraz kupię z trzy tuziny na zapas, to starczy mi na długo, a wydam niewiele. Wiem, że te sprawy mogą wydawać się dla ciebie ciężkie, ale mi zaufaj, dobrze?
 Jutrzenka nie odpowiedziała, lecz uśmiechnęła się tajemniczo i oparła się o pień pobliskiego drzewa. Przez chwilę mruczała bliżej nierozpoznawalną melodię, gładząc niechlujnie zdobiony brzeg sukienki. W końcu zerknęła na Camdina, który zaczął okazywać zniecierpliwienie.
- A dostanę coś za to? - wyszczerzyła się.
- Oczywiście, za to i za załatanie mi ubrania. Dorzucę jakiś bonus, jak chcesz.
 Dziewczyna pokiwała wesoło głową, poklepała Camdina po ramieniu i pobiegła przez las. Po chwili wróciła się, aby odebrać od leśniczego pieniądze do kupienia strzał. Pełna entuzjazmu ruszyła w drogę.
 Vriedanka było jednym z tych miast, w którym elfy księżycowe nie były aż tak nieuprzejme dla ludzi (i dla istot podobnych ludziom) jak w innych ośrodkach. Pozwalały swoim dalekim krótkouchym kuzynom przemieszczać się swobodnie ulicami miasta, robić zakupy, sypiać w karczmach. Ludzie nie mieli tam jedynie możliwości zakupienia nieruchomości i uzyskania obywatelstwa.
 Na nieszczęście Niamh, Vriedanka znajdowało się bardzo daleko od Yvenreill. Na tyle daleko, że droga zajmowała około dwóch godzin żwawym krokiem przeplatanym truchtem.
 Chyba, że było się gepardem.
 Wiedziała, że nie było wolno jej tego robić. Wiedziała, że musiała się powstrzymywać. Lecz tylko głupiec rozdrapywałby zakażoną ranę, która pokrywała jego pierś. A tak właśnie czuł się każdy polimorfik powstrzymujący Łaknienie. Instynktu nie dało się oszukać, głód trzeba było zaspokoić.
 Chwyciła więc w zęby mieszek z pieniędzmi (smakował ohydnie i cuchnął stęchlizną) i rozpoczęła przemianę. Nie była doświadczonym zmiennokształtnym, transformacja nadal trwała dość długo i była bolesna. Po około dwóch minutach Jutrzenka rozejrzała się po okolicy w swej gepardziej postaci. Wyczuła wiele nowych zapachów, usłyszała dźwięki, z których istnienia nie zdawała sobie przed chwilą sprawy. Zwierzęca forma otwierała przed nią tyle nowych możliwości, a jedną z nich było szybkie dostanie się do Vriedanki.
 Gepardy znane było z tego, że poruszały się szybko, a męczyły powoli. Długie susy, wyglądające nieco jak lot, albowiem łapy zwierzęcia prawie wcale nie dotykały podłoża, gwarantowały podróż bez utrudnień. Pozostawał jeszcze jednak ten dreszczyk adrenaliny na myśl o byciu zauważonym. Niamh pędziła poprzez niezamieszkane równiny i modliła się w duchu, aby nikogo nie spotkać.
 Wszystko poszło zgodnie z planem i niecałą milę przed miastem nastolatka powróciła do swej naturalnej, ludzkiej postaci. Zakręciło jej się w głowie, jak zwykle po przemianie, poczuła, jak nogi miękną jej od długotrwałego wysiłku i transformacji skumulowanych razem. Nieco chwiejnym krokiem ruszyła w stronę Vriedanki i wkrótce przekroczyła jej bramy.
 Z interesami uwinęła się szybko - strzały znalazła na pierwszym lepszym straganie (20 srebrnych monet za tuzin brzmiało jak nierealny, zbyt dobry sen, ale tak wyglądało właśnie łuczarstwo poza sezonem), a potem przeszła się jeszcze chwilę i kupiła sobie samej bransoletę z brązu, oczywiście za własne pieniądze. Z niechęcią zauważyła, że fundusze znowu jej topniały.
 Nie miała jeszcze ochoty wracać do Camdina. Było dość wcześnie, słońce wciąż wisiało wysoko na niebie, lekko przechylone ku zachodowi. Mogła trochę rozejrzeć się po okolicy, nie mając jednak na myśli miasta. Była w połowie zwierzęciem - ciągnęło ją do natury. Jej wybór padł na niewielki zagajnik z uroczym stawem pośrodku.
 Od zbiornika wodnego wiało przyjemnym chłodem, który kontrastował z ciepłym powietrzem południa. Nawet w zimie temperatury wokół centralnego Naerne pozostawały na plusie, oscylując wokół piętnastu stopni. Tylko padało trochę więcej niż w lato.
 Niamh wyciągnęła nogi przed siebie, mocząc stopy w stawie. Dopiero po chwili zauważyła sunącą powoli po wodzie kaczkę. Była niewielka, miała rdzawobrązowe piórka i przypatrywała się dziewczynie z zaciekawieniem.
- O, co tutaj robisz, mała? - uśmiechnęła się Jutrzenka - Nie masz tu żadnych przyjaciół? W sumie to ja też nie. Mieszkam w Yvenreill, to trochę daleko stąd, wiesz? Chcę zbudować tam sobie dom i potrzebuję dużo pieniędzy. Dlatego pracuję. Widzisz te strzały? Kupiłam je dla mojego przyjaciela, bo poza sezonem są tańsze. Nie znam się na tych wszystkich wielkich sprawach handlu, ja jestem jedynie dziewczynką na posyłki.
 Rozmowa z ptakiem wydała jej się dziwna, ale od długiego czasu nie miała z kim zamienić słowa. Blond leśniczy całe dnie spędzał na sporządzaniu podejrzanie pachnących maści ziołowych lub leczeniu drzew, Ysbail z natury nie była zbyt rozmowna, a Bethan miała areszt domowy za wymknięcie się po zmroku na spotkanie z kolegą. Siłą rzeczy Niamh pozostała jedynie opcja pogaduszki z kaczką.
- Ale taka praca do mnie pasuje, mogę tak to ująć. Bardzo szybko biegam - ciemnowłosa nastolatka uśmiechnęła się szeroko, prezentując komplet czterdziestu czterech drobnych zębów.
 Jakie było jej zdziwienie, kiedy kaczka wyszła ze stawu, otrzepała się z wody i zamieniła w wysoką, rudowłosą kobietę.

[Silas, proszę o dokończenie]